Lekcja, której się nie spodziewałam

Minęło sześć lat. Sześć lat, w których moje ciało było polem walki.

Najpierw cztery lata piekła z IVF. Cztery lata, które wyssały ze mnie każdy promyk kobiecości i nadziei. Hormony, kolejne próby, nadzieje, upadki i w końcu depresja, która przyszła po cichu, ale została jak ciężki, mokry płaszcz. Potem Crohn. Własne jelita uznały mnie za wroga, a ja uczyłam się żyć w bólu i na dietach, które odbierały mi ostatnie przyjemności. A na końcu rak z przerzutami do węzłów chłonnych. Operacja, długa rekonwalescencja, podejrzenia kolejnych przerzutów, skanowanie całego ciała co trzy miesiące i życie od badania do badania.

I wreszcie tydzień temu usłyszałam od lekarza słowa, na które czekałam od lat: „Jesteś zdrowa. Możesz żyć.”

Miałam wrażenie, że wreszcie wszystko mam pod kontrolą. Że przeszłam przez to wszystko, wygrałam i mogę wrócić do normalnego życia. Planować wakacje, wrócić do swojego hobby i po raz pierwszy od bardzo dawna myśleć o przyszłości bez lęku.

Zaplanowałam te wakacje niemal jak modlitwę. Ryby, cisza, kontemplacja, wiatr we włosach i zapach oceanu. Miały być moim powrotem do życia. Powrotem do tej części mnie, która przez sześć lat musiała cierpliwie czekać.

Jednak życie po raz kolejny pokazało mi, że nie wszystko zależy ode mnie.

Siedzę na zimnym kamieniu i czuję, jak moje ciało znowu mnie zdradza. Miało być pięknie. Miało być dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam. Tymczasem płaczę, a łzy mieszają się z drobnymi kroplami słonej wody, które wiatr niesie znad oceanu.

Choroba morska. Oporna na leki. Każda fala przyprawia mnie o mdłości i znowu jestem uwięziona we własnym ciele. Znowu patrzę na życie z boku, zamiast w nim uczestniczyć. Nie mogę wypłynąć. Nie mogę łowić. Stoję na brzegu i patrzę na wodę, którą tak bardzo chciałam pokonać, i po raz kolejny czuję, że tracę kontrolę. Że moje ciało znowu mówi „nie”. Nawet teraz, kiedy dostałam od lekarza oficjalne pozwolenie na życie, ono wciąż wyznacza granice, których nie przewidziałam.

To wszystko wydaje się tak absurdalne, że momentami aż śmieszne. Przeżyć raka, Crohna i depresję. Wyjść z tego wszystkiego. A potem polec na czymś tak niepozornym jak choroba morska.

Ale może właśnie o to chodzi. Może życie nieustannie przypomina mi, że nie jestem jego panią. Że mogę robić wszystko najlepiej, jak potrafię, podejmować właściwe decyzje, walczyć i nie poddawać się, a mimo to coś może pójść nie tak. Nie dlatego, że na to zasłużyłam. Po prostu dlatego, że życie takie właśnie jest. Nie wszystko da się przewidzieć. Nie wszystko da się zaplanować. Nie wszystko da się kontrolować.

I może ta lekcja jest ważniejsza od wszystkich poprzednich. Walczyć już umiem. Przez ostatnie sześć lat nauczyłam się tego aż za dobrze. Teraz muszę nauczyć się czegoś znacznie trudniejszego – przyjmować życie takim, jakie jest, również wtedy, gdy nie spełnia moich oczekiwań.

Może nie muszę być na łodzi, żeby naprawdę być tutaj. Może stanie na brzegu też jest uczestnictwem. Może nie o łowienie ryb chodzi, ale o to, że mogę patrzeć na góry odbijające się w wodzie, obserwować światło zmieniające kolor fiordu, czuć wiatr na twarzy i zachwycać się światem, którego jeszcze niedawno bałam się, że mogę już nigdy nie zobaczyć.

Jutro spróbuję jeszcze raz. Może się uda. A może nie. Ale wiem jedno – nie będę już traktować tego jak porażki. Przeżyłam zbyt wiele, żeby pozwolić, by choroba morska odebrała mi radość z życia. Nie odebrała mi zdrowia. Nie odebrała mi tych wakacji. Nie odebrała mi tego widoku, tego wiatru ani tej chwili.

Sześć lat walki nauczyło mnie jednego – że nie zawsze wygrywam. Ale nauczyło mnie też, że można być całością nawet wtedy, gdy coś idzie nie po naszej myśli. Że pełnia życia nie polega na tym, że wszystko układa się zgodnie z planem, lecz na tym, że mimo wszystko potrafimy powiedzieć życiu „tak”.

Jestem na Lofotach. Jestem zdrowa. Moje ciało może mówić „nie” morzu, ale ja nie chcę już mówić „nie” życiu. Chcę je przeżywać takim, jakie jest – nieidealnym, nieprzewidywalnym, a mimo to wciąż pięknym.