Czytając Viktora E. Frankla „O sensie życia”, zatrzymałam się przy zdaniu, które na pierwszy rzut oka wydaje się niemal oczywiste:
Każda rzecz posiada swoją wartość, człowiek natomiast godność.
Kiedy Frankl pisze o ludzkiej godności, nie jest to wyłącznie filozoficzna refleksja. Doświadczył świata, który wartość człowieka uzależniał od jego pochodzenia, zdrowia, zdolności do pracy czy biologicznej przydatności.
Rzeczy oceniamy poprzez ich użyteczność. Są mniej lub bardziej potrzebne, możemy określać ich cenę, zastępować jedne drugimi. Jeżeli przestają spełniać swoją funkcję, często przestają być nam potrzebne.
Człowiek nie ma ceny. Ma godność. A godność człowieka istnieje niezależnie od jego użyteczności.
Nie można mieć jej więcej albo mniej. Nie wzrasta wraz z sukcesem i nie maleje wraz z chorobą. Nie zdobywa się jej dzięki wykształceniu, pracy czy macierzyństwu. Nie odbiera jej starość ani zależność od innych.
I tu szczególnie ciekawa staje się perspektywa psychologiczna. Bo choć zgadzamy się, że wartość człowieka nie zależy od jego osiągnięć, bardzo często nie stosujemy tej zasady wobec siebie.
Nasze poczucie własnej wartości bywa dramatycznie warunkowe.
Jestem coś warta, kiedy jestem potrzebna.
Kiedy dobrze pracuję.
Kiedy inni mnie doceniają.
Kiedy jestem zdrowa.
Kiedy ktoś mnie kocha.
Kiedy spełniam oczekiwania związane z rolą rodzica, partnera czy pracownika.
A co, jeśli któregoś dnia nie mogę już pełnić którejś z tych ról? To pytanie pokazuje, jak głęboko potrafi być w nas zakorzenione przekonanie, że na własną wartość trzeba zasługiwać.
I tu pojawia się paradoks: nigdy tak wiele nie mówiliśmy o poczuciu własnej wartości, a jednocześnie nigdy nie mieliśmy tylu sposobów, żeby tę wartość mierzyć i porównywać.
I chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć jedno z tych zdań, które przez lata wydawało mi się trochę banalne: „Jestem wystarczająca”.
Nie muszę niczym uzasadniać swojej wartości jako człowieka.

