Jestem wojowniczką. Przetrwałam jedną z najcięższych bitew. A teraz stoję przed kolejną: bitwą o nadanie sensu mojemu ocaleniu.
W ciszy po bitwie, gdy kurz już opada, przychodzi najtrudniejszy moment.
Przez miesiące żyjesz w trybie walki. Twoje ciało staje się polem bitwy, a psychika strategią przetrwania. Nie ma miejsca na pytania. Nie ma przestrzeni na słabość.
A potem… dzwon zwycięstwa.
I nagle, gdy już nie musisz walczyć, psychika pozwala sobie na to, czego nie mogła w ogniu walki. Na łzy. Na rozpacz. Na pytania, które były zbyt niebezpieczne.
Dopiero w bezpiecznej przestrzeni układ nerwowy mówi: OK, niebezpieczeństwo minęło.
Teraz mogę się rozpaść.
Moja psychika odblokowała drzwi do piwnicy emocji, gdzie przez cały czas choroby chowałam strach, gniew, żal i poczucie niesprawiedliwości.
Teraz mogę poczuć.
Patrzę na blizny, na moją nową mapę ciała i pytam: Po co to wszystko?
I wtedy pojawia się myśl:
Może właśnie w tej pozornej słabości kryje się największa siła?
Może te łzy są dowodem odwagi?
Odwagi bycia człowiekiem, który stanął nad przepaścią i wrócił, by o tym opowiedzieć.
Jestem w momencie integracji.
Z wojowniczki staję się kimś, kto nosi w sobie to doświadczenie i uczy się żyć pełnią życia na nowo.
Choć teraz jest ciemno, wiem, że światło po drugiej stronie będzie inne.
Bardziej autentyczne.
Rak zabiera wiele.
Ale może też dać dar świadomości.
Świadomości, że każdy dzień to cud. Że warto kochać głębiej, częściej mówić „przepraszam”, przestać udawać.
Bo kiedy stajesz twarzą w twarz z nicością, każde „dlaczego” staje się święte.
A każda łza modlitwą za życie, które dostaliśmy w prezencie.

