Wdzięczność.
Tylko tyle – i aż tyle.
Wdzięczność za dar życia.
Za wygraną walkę o zdrowie.
Za miłość i za mojego męża, bez którego nie dałabym rady.
Gdy świat się zatrzymał, a każdy dzień był niepewnością, to On był moją kotwicą i moim bezpiecznym portem.
Jego dłoń trzymająca moją dłoń to obraz, który na zawsze pozostanie w moim sercu❤️
Kilka dni temu w drodze na cmentarz do koleżanki, która umarła na raka narodziła się w mojej głowie taka myśl.
Gdyby nie to, że po dziewięciu latach remisji mój Crohn powrócił ze zdwojoną siłą…
Gdyby nie te wszystkie trudne chwile i poczucie bezsilności…
Gdyby nie ta pozorna porażka w walce z chorobą, to nigdy nie zrobiłabym badań, dzięki którym zupełnie przypadkiem odkryto raka.
Tego, który czaił się w ukryciu.
Tego, który jeszcze nie dawał objawów.
Tego, który – gdyby ujawnił się za kilka lat – mógłby nie dać mi już żadnej szansy.
Dziś patrzę na blizny, które są nie tylko pamiątką po chorobie, ale też świadectwem ocalenia.
I czuję ten trudny do opisania splot uczuć – żałobę po czyjejś utraconej szansie i jednoczesną, ogromną wdzięczność za własne życie.
Czasem Bóg stawia na naszej drodze krzyż, który okazuje się latarnią.
Czasem klęska staje się zwycięstwem.
A choroba paradoksalnie drogą do uzdrowienia.
Dziś myślę o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia.
O tych, którzy wciąż walczą.
I o paradoksach, które trudno zrozumieć, a które niosą w sobie najgłębsze prawdy.
